Blog > Komentarze do wpisu

Stara szafa

Pisze do nas (z lekkim wschodnim akcentem) pan Lew Karolewicz z Zawichostu:

   "My to z Iwonką od kilku już lat znamy się. I taka między nami komitywa, że jak mąż ślubny Iwonki w rozjazdach, to bywam u niej co wieczór żeby i smutki niewieście rozproszyć i pofiglować nieco. Akurat to piątek był, jak pamiętam, lato w pełni i upał że tylko ze skóry wyskoczyć, ślubny do Kielc jak raz w delegację pojechał i da Bóg - do niedzieli nie wróci. Dzwonię więc wieczorem do drzwi solidnych, dębowych (bo u Iwonki uważanie do antyków wielkie i całe mieszkanie jak muzeum, panie dziejaszku, urządzone), dzwonię dwa razy krótko, raz długo, jak umówione.

   Otóż i otwiera mi Iwonka, w całej krasie swojego słomianego wdowieństwa, tu i ówdzie zarumieniona, tu i ówdzie pobladła od emocji. A antyki wokół w tak silnym z ową słomianą panieńską aurą kontraście, że aż mi się nogi w kolanach ugięły - usteczka czerwone, loki blond, peniuarek nad wyraz przewiewny, no cud-miód turkaweczka, panie kochany. 

   Zwyczajowe kwiaty i półlitry wręczyłem uroczej gospodyni, niech się chłodzi (półlitry a nie gospodyni rzecz jasna) i o upale zagajam, jak to człowiek po prostu wytrzymać w garderobie nie może, że go każdy skrawek odzienia pali ogniem, zdałoby się, piekelnym. Długo zagajać nie musiałem i już po chwili (tyle co kwiaty do wazonu wstawić), pozbawieni owych palących skrawków, oddawaliśmy się gaszeniu żądz naszych, co by chociaż w ten sposób nieco odczuwalną temperaturę wieczoru obniżyć.

   Ale gdzie tam - im staranie większe, tym temperatura uczuć wyższa, że w końcu zaszeptałem do ucha dziewczęcia - "Iwonka pofolguj nieco bo już z tego przegrzania organizmu jakieś dzwonki słyszę, ani chybi w mózgu alarm na temperaturę mi się jaki włączył...". Na to Iwonka jak nie krzyknie przerażona - "Do drzwi ktoś dzwoni!! Jędrek wrócił wcześniej!" - i dalej mnie do szafy wielkiej, antycznej, trzydrzwiowej wpychać razem ze skłębioną moją konfekcją.

Szafa z wyjściem do lodówki

   A w szafie duszno jak u piekarza i jeszcze jak na złość futra same, ciężkie i ciemne wiszą, oddychać nie dają a człowiek od emocji i z nerwów gorący jak piec. Ale czuję, że z głębi szafy jakiś wiaterek chłodniejszy idzie, ani chybi dziura jakaś w antyku co ją pewnie myszy wygryzły. Więc przeciskam się między futrami coraz głębiej i głębiej, bo im głębiej tym chłodniej, a tu nagle światło widzę między rękawem futra z norek a kołnierzem z lisa. Jeszcze jeden krok i okazuje się, że ziąb człowieka przejmuje. Spoza futer wyzieram a tam pomieszczenie jakieś ciemne, duże (że ścian nie widać) i zimne - ani chybi spiżarka jakaś albo i lodówka.

   "Dziwne" - myślę sobie - "z szafy do lodówki mieć przejście". Ale przecież i mnie czasem głód w nocy przyciśnie to i dobrze mieć taki skrót w sypialni. I tak sobie myślę, że skoro już tu jestem, to poszukam tej półlitry i zakąski jakiej, co by nieco głowę uspokoić. Wychodzę, ciemno choć oko wykol i zimno, tylko w środku latarnia stoi (ale to akurat nie dziwne, sam mam w lodówce takie panie, światełko). Byłbym pewnie coś znalazł ale nagle jakiś cień pod latarnią przemknął i wydawało mi się, że postać widzę. Jeszcze chwila i zobaczyłem wyraźniej - facet jakiś! Chudy, w szaliku i z rogami! Mąż znaczy! Pewnie głodny po podróży a w Kielcach jak zwykle - zimno! Ratuj się kto może!

   Czmychnąłem do szafy, przecisnąłem się do drzwi i nasłuchuję. A tam cisza. Dziwne. Poczekałem jeszcze chwilę - nadal cicho. Drzwi od szafy otwieram pomalutku a tam - dziw nad dziwy - zamiast wieczoru, południe, nikogo nie ma, łóżko zaścielone a na kalendarzu co na toaletce stał - zamiast piątku - wtorek i to w następnym tygodniu.

   To już żem więcej nie myślał, tylko w przyzwoitą panikę wpadłem, ubrałem się i uciekłem. Albo to ten klej, co to nim dawniej szafy kleili albo naftalina od  futer ale fakt pozostaje faktem, że ponad tydzień zniknął mi z życiorysu. Nie jakiś tam dzień czy dwa, jak to człowiek zwyczajny, ale cały tydzień!

   Więc teraz to Iwonki unikam za to taką Małgorzatkę w bloku znalazłem, co szafy ma z płyty paździerzowej, na śruby skręcanej i nie lubi antyków.

piątek, 17 lipca 2009, debergerac

Polecane wpisy

  • Ballada z trupem

    "Ballada z trupem" Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego to kolejny majstersztyk szafiarstwa. Tym razem jednak - oglądany z drugiej strony szafy.  

  • Szafa trzeciego wieku

    Pisze do nas (odręcznie) pan Edward Częstochowski:    "Dom Pogodnej Starości powiadają! Ha! To, panie dziejku, jest oflag a nie dom! Personel co prawd

  • Uczucie do magister Dziśniewicz

    Pisze do nas dr hab. Jakub Zaraczyński:    "Magister Dziśniewicz pracuje w naszym Instytucie od niedawna. Zaczynała pracę jako pomocnik asystenta w Za

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/07/17 22:47:50
szafa to wiele znaczeń i jest synonimem czego innego w zalezności od naszych upodobań, ale im pełniejsza tym bardziej cieszy? :D
-
pusta_literatka
2009/07/19 18:57:51
kapitalny tekst.
-
ebe4
2009/07/19 22:26:16
osz!!! bosko! oby dalej się tak rozwijał a wieszczę zamęt tu w komentarzach:)