Kategorie: Wszystkie | Inne | Know-how | Świadectwo
RSS

Świadectwo

poniedziałek, 26 października 2009

"Ballada z trupem" Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego to kolejny majstersztyk szafiarstwa. Tym razem jednak - oglądany z drugiej strony szafy.

 

wtorek, 20 października 2009

Pisze do nas (odręcznie) pan Edward Częstochowski:

   "Dom Pogodnej Starości powiadają! Ha! To, panie dziejku, jest oflag a nie dom! Personel co prawda żeński ale między Bogiem a prawdą to w Poruszawie, w trzydziestym dziewiątym, łatwiej się było dogadać. Leutnant von Oschcipke jaki był, taki był ale przynajmniej był człowiekiem honoru. A tu, panie dziejku, dyscyplina taka, że z kolegami nawet myśleć przestaliśmy o ucieczce. Przeskoczenia muru, w naszym wieku, nie braliśmy nawet pod uwagę a odkąd siostra Adela nakryła emerytowanego porucznika Wierciszewskiego na kopaniu podkopu przy pomocy podprowadzonej ze stołówki chochli, zaczęli nas pilnować tak, że nadzieja zupełnie w nas upadła. Zresztą Wierciszewski, człowiek słabej pamięci i równie słabego poczucia kierunku, tak zrył cały okoliczny teren, że aż strach było schodzić pod ziemię. Zawał pewny.

Oficerki   Co było robić. Zeszliśmy do podziemia (metaforycznie) i rozpoczęliśmy bierny opór. Tak jak nas uczyli na kursie: wszystko powoli, z niewzruszonym wyrazem twarzy, kasza na stołówce przeżuwana dostojnie, a kolega to specjalnie sypał sobie piasek w piasty wózka, żeby trudniej go było pchać. I tak żyliśmy sobie w naszym oporze aż do chwili, kiedy na żeński oddział przywieźli panią Jadwigę.

   Och ta pani Jadwiga! Mimo swoich 75 lat wyglądała jak młódka! A zgrabne toto, a wdzięczne. Czterech mężów ponoć pochowała a jeszcze tyle w niej było wigoru. A kiedy na człowieka spojrzała to aż miękko się robiło w kolanach i wąs sumiasty podkręcało się zupełnie odruchowo. Więc w końcu pomyślałem: furda bierny opór! Furda siostra Adela! Furda bóle w krzyżu! - podprowadziłem ze stołówki łyżkę do zupy i zacząłem kopać. Ale podkop tym razem nie prowadził za mury - prowadził do pokoju pani Jadwigi.

   Przebiłem się pod łóżkiem. Akurat był wczesny świt a że nie chciałem jej przestraszyć, kopiąc ostatnie metry owinąłem swoją wierną łyżkę onucą. Przez długą chwilę łapałem oddech a potem wygramoliłem się spod drewnianej pryczy i subtelnie chrząknąłem. Pani Jadwiga niestety niedosłyszała już, więc moja subtelność zdała się na nic - spała nadal. Miała prześliczne usta i wspaniałe, białe zęby. Te ostatnie obejrzałem sobie dokładnie, podnosząc szklankę do oczu. Wspaniała robota!

   Nie czekając dłużej, zrzuciłem łachy i wpakowałem się pani Jadwidze pod pierzynę. Krzyknęła zrazu, obudzona nagle, ale już po chwili, kiedy ukoiłem jej przestrach czułymi słówkami, sfolgowała, sięgnęła dyskretnie do szklanki a potem uśmiechnęła promiennie. Ha panowie! Jak to mówią: stary ułan nie rdzewieje! Cóż to mógł być za świt! Świt bogów! Świt niezapomniany! (przynajmniej przez dłuższą chwilę). Niestety! Kiedy zdobywałem jej ostatnie transzeje, za drzwiami dały się słyszeć charakterystyczne chodaki siostry Adeli. Chodaki - koszmar, chodaki - groza, wyrzeźbione z jakiegoś piekielnego drzewa chodaki dla niedosłyszących.

   Czasu było tylko tyle aby wyskoczyć z łóżka (jak młodziak, panie dziejku, jak młodziak!), zakonspirować ujście podkopu i dopaść szafy pani Jadwigi. Ona sama, spłoszona i spanikowana, z niepokojem patrzała za mną, jednocześnie próbując jakoś doprowadzić do porządku, naruszoną moimi wojennymi działaniami, garderobę. Stuk chodaków rozbrzmiewał coraz wyraźniej.

   Co było dalej, mogłem się tylko domyślać po odgłosach dobiegających zza zamkniętych drzwi szafy. Siostra Adela ewidentnie coś zwęszyła, bo stukanie chodaków rozlegało się nadal bardzo wyraźnie. Szukała mnie. Szukała czegoś. W pewnej chwili, zupełnie znienacka, drzwi szafy zaskrzypiały pod nagłym szarpnięciem. i otwarły się na oścież. Na tle jaskrawego okna zobaczyłem ostre kontury siostry Adeli.

   Siostra Adela gapiła się w głąb szafy przez niekończące się minuty. W końcu zamknęła ją powoli, wydała pani Jadwidze pastylki i wyszła. Echo jej grania gasło coraz bardziej aż wreszcie utonęło w milczeniu korytarzy. A ja błogosławić zacząłem moje partyzanckie lata i nabytą wtedy sztukę kamuflażu. Tą samą, która sprawiła, że siostra Adela po otwarciu szafy ujrzała jedynie szare szeregi sukienek..."

środa, 09 września 2009

Pisze do nas dr hab. Jakub Zaraczyński:

   "Magister Dziśniewicz pracuje w naszym Instytucie od niedawna. Zaczynała pracę jako pomocnik asystenta w Zakładzie Jambów i Jerów ale bardzo szybko awansowała na zastępczynię kierownika małego lecz prężnie działającego Zespołu do badań dystychów. Lecz nie jej kwalifikacje zawodowe stały się przyczyną opisywanych przeze mnie wypadków ale uroda i roztaczany wokół, nieuchwytny i drażniący męskie zmysły - urok.

   Nie potrzeba było wiele czasu, bym przy lekturze "Świtezianki", ją właśnie zaczął obsadzać w roli pięknej i tajemniczej dziewicy. W chwilach rozpaczy i rezygnacji (bo magister Dziśniewicz zdawała się mnie nie zauważać), mściwie ubierałem ją w Izabelę Łęcką a czasem nawet w bezduszną Balladynę. Ale zaraz, targany łkaniem, litowałem się nad nią i aby ukoić wyrzuty sumienia uciekałem w nowogródzkie strony i wcielałem piękną magister w czystą i niewinną Zosię. Tak kwitło moje uczucie pośród pagórków leśnych i łąk zielonych, nad brzegiem czarnej Świtezi wody lub w chwilach gniewu - na szerokich polach u podnóża zamku Kirkora.

   I oto nastąpił ów niezwykły dzień, kiedy magister Dziśniewicz nie pojawiła się w pracy (ponoć złożona chorobą) a dziekan polecił mi dostarczyć jej do domu kilka niezbędnych w jej pracy naukowej (którą zdecydowała się kontynuować nawet na chorobowem) manuskryptów. Jechałem do niej przez miasto moim fiatem Panda lecz czułem się jakby to rumak biały mnie, w malignie, niósł przez rozjaśnione późnoletnim słońcem ulice.

   Nie wyglądała na bardzo chorą. Powiedziałbym nawet, że lekki rumieniec jakim tliły się jej policzki przydawał pani magister uroku. Zwłaszcza jeśli zestawić go z nieznacznie rozchylonym szlafroczkiem, w którym mi otwarła, oraz poczuciem ogólnego, rozkosznego dezabilu. Zauroczony, nie odmówiłem, kiedy zaprosiła mnie na herbatę, a kiedy, już nad filiżanką parującego aromatycznie płynu wyznała, że czytała i bardzo ceni moją pracę p.t. "Motywy erotyczne w sekstynach renesansowych. Przenikanie formy i treści" - krew we mnie zawrzała i spomiędzy zaciśniętych pożądaniem szczęk jąłem recytować jej odkryte całkiem niedawno, wczesne sonety Petrarki.

   Jej odpowiedź, o dziwo, była z gruntu współczesna. Krótka i zwięzła jak z Białoszewskiego. Takoż i biel nas wkrótce pochłonęła - śnieżna biel łoża pani magister, którego nie godzi mi się w tym kontekście obdarzyć przymiotnikiem "boleści". I zmieszały się nasze rymy męskie i żeńskie, zawirowały akcenty a poręcz łóżka poczęła wybijać o ścianę na przemian jamby i trocheje. Byłem wniebowzięty.

   Niestety. Z wyżyn uniesienia strącił nas, niczym karzący miecz archanioła, natrętny dźwięk dzwonka u drzwi. Julia (bo takie było imię magister Dziśniewicz) pobladła i zduszonym szeptem powiedziała "O Boże! Mąż! Ratuj się Zdzisławie!" a ja, w panice, uciekłem z łoża rozkoszy, rozejrzałem się i dopadłem jedynej możliwej kryjówki - starej, gdańskiej szafy (notabene będącej dowodem na polskość Gdańska, jako że nosiła inskrypcję w języku polskim, której jednak w zamieszaniu nie zdążyłem przeczytać i zapamiętać). Wokół mnie zamknęła się ciemność.

   Inżynier Dziśniewicz, wpadł do domu w drodze z instalacji u klienta na prezentację w drugim końcu miasta aby uzupełnić (jak podsłuchałem) zapas kolorowych mazaków noszonych w kieszonce flanelowej koszuli w kratę (czerwony przestał pisać). Przeszukiwał właśnie swoje zagracone biurko w celu znalezienia jakiegoś flamastra zastępczego, kiedy przestraszony nagłym hałasem wbiłem się głębiej w czeluście szafy i coś zaczęło uwierać mnie w plecy. Sięgnąłem ręką i wydobyłem kilka książek w miękkiej okładce. Ukryte książki? Własne wiersze pani magister być może? W świetle padającym ze szczeliny w drzwiach przyjrzałem się stronom tytułowym i serce ścisnęło mi się z rozpaczy i rozczarowania - moja uwielbiana Julia podczytywała Harlequiny!

   I kiedy tylko inżynier Dziśniewicz wypadł z domu całując małżonkę w policzek, ja również wypadłem z szafy, zapłakany i gniewny, niczym pradawne sumeryjskie bóstwo i w zapadłym nagle milczeniu pokazałem magister Dziśniewicz moje znalezisko.

   Rozpłakała się. Ale nie wyglądała już ponętnie. Zezwyczajniała i sprostaczyła się. Niezwykła jeszcze tak niedawno linia jej szyi, teraz uwydatniała zarys podwójnego podbródka a pośród burzy rudych włosów stały się widoczne blond odrosty. Łkając, pozbierałem swoje rzeczy, ubrałem się i obdarzywszy ją na pożegnanie jedynie pełnym pogardy spojrzeniem - wyszedłem.

   Odtąd na co najwyżej rolę sierotki Marysi liczyć może ta zdradliwa kobieta w moich fantazjach.

wtorek, 28 lipca 2009

Pisze do nas pan Adam Rutowicz z Przemyśla:

   "To nieprawda co mówią, że administrator sieci ma kochankę na każdym porcie. Ja na przykład w ogóle nie mam śmiałości do kobiet. Peszę się nawet wtedy, kiedy mnie proszą żebym im zmienił hasło albo skonfigurował drukarkę.

   Więc kiedy w piątek podeszła do mnie ta Jola z sekretariatu prezesa i swoim niskim i drżącym jak buczenie serwera głosem zapytała czy nie przeinstalowałbym jej systemu w domu - nogi się pode mną ugięły a przed oczami zrobiło się czerwono jak w trybie berserkera w Quake'u. Och! Móc dotykać jej domowej klawiatury! Poruszać myszką, na której codziennie kładzie wypielęgnowane palce! Uczynić jej system na powrót dziewiczym! Czyż może być coś bardziej intymnego?

   Płyta z instalką Windowsów była już cała zaparowana od emocji, kiedy stanąłem przed drzwiami jej niewielkiego M-3 i drżącym palcem nacisnąłem przycisk dzwonka, tak pieszczotliwie jak nacisnąc można tylko reset. Otwarła mi, ubrana dość lekko i po domowemu, ale ja widziałem już tylko jej wysłużonego peceta - niewielką zgrabną skrzynkę z brokatowym króliczkiem naklejonym na obudowie. Jakiż był słodki!

   Rozgorączkowany, wsunąłem delikatnie płytę do napędu i wdałem się w znany mi dobrze, intymny dialog z instalatorem systemu by w końcu, u kresu tej gry wstępnej ujrzeć przesuwający się, narastający i pęczniejący - pasek postępu. Parł powoli (bo dysk był już nieco wysłużony) ale nieubłaganie, zmierzał ku kulminacji, ku owemu słodkiemu pierwszemu resetowi a potem całej serii wielokrotnych resetów by wreszcie rozpłynąć się w finale pełnym konfiguracyjnych szeptów i zwierzeń (np. na temat strefy czasowej czy domyślnego języka klawiatury).

   I kiedy już, już dobiegał prawie kresu - z narastającej ekstazy wyrwał mnie dzwonek do drzwi i niepewny okrzyk Joli, że to pewnie jej mąż wrócił wcześniej ze szkolenia w Poniatowie. Kernel Panic! Chwyciłem tylko mojego notebooka (wiernego druha, z któym nie rozstaję się ani na chwilę) i uciekłem. Uciekłem do szafy.

   Dziwna byłą trochę ta szafa. Jakieś szmaty w niej wisiały i zastanawiałem się przez moment jak sobie radzą z cyrkulacją powietrza i odprowadzaniem ciepła z serwerów. Ale w końcu kucnąłem gdzieś w rogu, zdyszany jeszcze i rozogniony od emocji, nasłuchując co dzieje się na zewnątrz. Było cicho. Z kuchni słychać było tylko coś w rodzaju stukania talerzy i przyciszone rozmowy. Serce powoli przestawało mi bić jak oszalałe. Co teraz? - pomyślałem. Ile mogę tu siedzieć? - przecież baterii w notebooku starczy najwyżej na trzy-cztery godziny (a jak będę korzystał z netu to nawet mniej).

   Sprawdziłem pocztę, zrobiłem wpis na blogu i uaktualniłem profil na serwisie społecznościowym, na którym już dawno się nie logowałem. Zdefragmentowałem sobie partycję systemową i zrobiłem porządek na dysku. Na IRC-u (gdzie bryluję jako sexytiger30cm) nie było akurat nikogo oprócz mojego znajomego (też admina) z poprzedniej pracy. orgasm24h (bo takiego ma nicka) poradził mi, żebym wyjrzał z szafy i zobaczył czy obok nie ma gniazdka, bo u niego akurat jest. Bardzo ostrożnie wysunąłem głowę zza wiszących palt ale niestety - najbliższe gniazdko nie dość, że było dopiero koło łóżka to jeszcze wyglądało na tak zaniedbane, że bałbym się podłączyć do niego zasilacz. Pozostawała tylko bateria. Bateria i nadzieja, że mąż Joli wyjdzie gdzieś na chwilę i pozwoli mi umknąć w noc.

   Póki co jednak, wdałem się na forum w dyskusję z fanboyami Apple'a, wyśmiewając ten ich system operacyjny co to wygląda jak karuzela w lunaparku i zaginając na każdym kroku ze znajomości parametrów komend w shellu. Było nawet zabawnie ale wtedy właśnie notebook cicho zapiszczał - bateria zaczynała się wyczerpywać. To było straszne. Zacząłem liczyć sekundy i powoli traciłem wszelką nadzieję.

   I wtedy nastąpił cud! Drzwi szafy stanęły otworem i wsunęła się przez nie, zdobna w blond loki, głowa Joli. "Jest pan tu? Panie Adamie?" - zapytała. "Niech pan wyjdzie. Mąż poszedł do sklepu po nagrywalne DVD i nie będzie go przez dłuższą chwilę." A więc ocalenie! Szybko zahibernowałem notebooka i wyprysnąłem z mieszkania Joli o mało co nie wywracając się na schodach.

   A biegnąc, myślałem o jej mężu. Boże! Co za frajer! Co za cholerny frajer! Przecież teraz zamiast nagrywalnych DVD lepiej jest kupić pendrive'a!"

środa, 22 lipca 2009

Pisze do nas hydraulik, pan Jerzy Rurke z Wodzisławia:

   "Robota jak robota panie - zlew zatkany i cieknie, zleceniodawczyni milutka i niebrzydka, ale śmieszka taka, że co powiem to aż się skręca od perlistego chichotu. Ja wchodzę i mówię, że do tej zatkanej rury przyszedłem a ona w śmiech, ja mówię że pewnie jest problem z kolankiem - ona chichocze, a już jak wyciągnąłem klucz francuski to o mało się nie popłakała. Ale ja panie fachowiec jestem i robota u mnie - rzecz pierwsza. Zlew przepchałem (a ta mi za plecami co i raz parska), kolanko przeczyściłem i gumki przy kranie wymieniłem (tu chichot stał się nawet bardziej rubaszny) i mówię do szefowej: szefowa, to będzie jakieś trzy stówy. 

   Na chwile przestała się śmiać. Szuka po kieszeniach, w torebce, w szufladach ale coś widzę, że już jej się w tych oczach dużych, niebieskich na powrót figlarne ogniki zapalają. I mówi do mnie: och, pewnie w kieszeni koszuli pod swetrem schowałam - i raz, dwa - sweter ściąga. W koszuli oczywiście nie było, więc wymyśliła, że pewnie w staniku ukryła (a tak na pierwszy rzut oka to nie tylko trzy stówy ale całą kasę zapomogowo-pożyczkową mogła tam upchać). Nie było. Nie było również w skarpetach, za podwiązkami i w wewnętrznej kieszeni majtek.

   "A może by mi pan hydraulik pokwitowanie wystawił?" - zapytała przymilnie kręcąc na paluszku jeden z blond ondulowanych loków i parskając lekko na słowo "wystawił". No to ja, nie czekając, zacząłem szukać bloczka z pokwitowaniami i nie minęły dwie minuty (na pewno. Na pewno zaśmiałaby się na słowo "minuta") jakeśmy w jej, na różowo urządzonej sypialni, przerabiali na dwa głosy podstawy hydrauliki.

   No i takie moje szczęście zezowate, że akurat wtedy musiał wrócić niespodziewanie jej ślubny. Ale coś się długo męczył z zamkiem więc zdążyłem jeszcze zgarnąć służbowe ciuchy, torbę z narzędziami i myk - do szafy. Zwinąłem się w kłębek w rogu pod płaszczami i siedzę cicho.

   A tu nagle - drzwi się od szafy otwierają (odruchowo ścisnąłem klucz, zerówkę) ale zamiast odgłosów awantury pochlipywanie tylko słyszę. I po chwili do szafy wchodzi facet, z teczką i pod krawatem, kuca w przeciwległym rogu (pod sukienkami) i pociąga nosem. Co jest? - myślę. Żal mi się człowieka zrobiło bo maże się, łzy w mankiet wyciera i tylko patrzeć jak sobie kościółkowy garnitur z tego wszystkiego osmarka.

   Podaję mu chusteczkę i pytam: "Panie, co panu?".  "Eeee tam..." - odpowiada wzdychając ciężko i znowu w szloch. "No nie maż się pan! Bądź pan mężczyzna!" - próbuję dalej ale gość tylko załkał, głowę między kolana wsadził i paznokcie zaczął obgryzać. W końcu odetchnął nieco, popatrzył na mnie spode łba (ale tak jakoś bez złości, z wdzięcznością nawet) i mówi drżącym głosem - "Panie, mnie to chyba żona zdradza...". "A gdzieee tam, coo paaan..." - mówię uspokajająco - "wydaje się panu pewnie. Kryzys taki, małżeński, pan przechodzisz albo masz pan kompleks wieku średniego" - zabłysnąłem wiedzą fachową, pozyskaną z kolorowych tygodników. "To minie panie, jak sen złoty i jeszcze się pan będziesz z tego śmiał. A propos "złoty" - trzysta złotych się należy za kran i umywalkę".

   Uśmiechnął się blado, nosa rękawem obtarł ale jakby się lekko rozpogodził. Trzy stówy z portfela wyjął. No to ja, żeby go jeszcze trochę pocieszyć, wyciągnąłem flaszkę, co to ją zawsze w torbie noszę i przepiliśmy bruderszafta. Edek mu było. "Edek" - mówię - "ty się nic nie martw. Żonę masz w porządku, zlew już w kuchni nie cieknie, za oknem ptaszki śpiewają - ja ci mówię, selawi jest piękne!". Przepiliśmy. "Jurek!" - mówi on - "Mordo kochana! Nadzieję mi wracasz! Bo mnie już tak życie między palcami zaczęło przeciekać!". Przepiliśmy. Znowu przepiliśmy. Zaśpiewaliśmy "sokoły" i "gdybym miał gitarę" i potem musiałem już lecieć.

   Tylko, że francuza pod zlewem zostawiłem i będę się musiał tam kiedyś wrócić."

piątek, 17 lipca 2009

Pisze do nas (z lekkim wschodnim akcentem) pan Lew Karolewicz z Zawichostu:

   "My to z Iwonką od kilku już lat znamy się. I taka między nami komitywa, że jak mąż ślubny Iwonki w rozjazdach, to bywam u niej co wieczór żeby i smutki niewieście rozproszyć i pofiglować nieco. Akurat to piątek był, jak pamiętam, lato w pełni i upał że tylko ze skóry wyskoczyć, ślubny do Kielc jak raz w delegację pojechał i da Bóg - do niedzieli nie wróci. Dzwonię więc wieczorem do drzwi solidnych, dębowych (bo u Iwonki uważanie do antyków wielkie i całe mieszkanie jak muzeum, panie dziejaszku, urządzone), dzwonię dwa razy krótko, raz długo, jak umówione.

   Otóż i otwiera mi Iwonka, w całej krasie swojego słomianego wdowieństwa, tu i ówdzie zarumieniona, tu i ówdzie pobladła od emocji. A antyki wokół w tak silnym z ową słomianą panieńską aurą kontraście, że aż mi się nogi w kolanach ugięły - usteczka czerwone, loki blond, peniuarek nad wyraz przewiewny, no cud-miód turkaweczka, panie kochany. 

   Zwyczajowe kwiaty i półlitry wręczyłem uroczej gospodyni, niech się chłodzi (półlitry a nie gospodyni rzecz jasna) i o upale zagajam, jak to człowiek po prostu wytrzymać w garderobie nie może, że go każdy skrawek odzienia pali ogniem, zdałoby się, piekelnym. Długo zagajać nie musiałem i już po chwili (tyle co kwiaty do wazonu wstawić), pozbawieni owych palących skrawków, oddawaliśmy się gaszeniu żądz naszych, co by chociaż w ten sposób nieco odczuwalną temperaturę wieczoru obniżyć.

   Ale gdzie tam - im staranie większe, tym temperatura uczuć wyższa, że w końcu zaszeptałem do ucha dziewczęcia - "Iwonka pofolguj nieco bo już z tego przegrzania organizmu jakieś dzwonki słyszę, ani chybi w mózgu alarm na temperaturę mi się jaki włączył...". Na to Iwonka jak nie krzyknie przerażona - "Do drzwi ktoś dzwoni!! Jędrek wrócił wcześniej!" - i dalej mnie do szafy wielkiej, antycznej, trzydrzwiowej wpychać razem ze skłębioną moją konfekcją.

Szafa z wyjściem do lodówki

   A w szafie duszno jak u piekarza i jeszcze jak na złość futra same, ciężkie i ciemne wiszą, oddychać nie dają a człowiek od emocji i z nerwów gorący jak piec. Ale czuję, że z głębi szafy jakiś wiaterek chłodniejszy idzie, ani chybi dziura jakaś w antyku co ją pewnie myszy wygryzły. Więc przeciskam się między futrami coraz głębiej i głębiej, bo im głębiej tym chłodniej, a tu nagle światło widzę między rękawem futra z norek a kołnierzem z lisa. Jeszcze jeden krok i okazuje się, że ziąb człowieka przejmuje. Spoza futer wyzieram a tam pomieszczenie jakieś ciemne, duże (że ścian nie widać) i zimne - ani chybi spiżarka jakaś albo i lodówka.

   "Dziwne" - myślę sobie - "z szafy do lodówki mieć przejście". Ale przecież i mnie czasem głód w nocy przyciśnie to i dobrze mieć taki skrót w sypialni. I tak sobie myślę, że skoro już tu jestem, to poszukam tej półlitry i zakąski jakiej, co by nieco głowę uspokoić. Wychodzę, ciemno choć oko wykol i zimno, tylko w środku latarnia stoi (ale to akurat nie dziwne, sam mam w lodówce takie panie, światełko). Byłbym pewnie coś znalazł ale nagle jakiś cień pod latarnią przemknął i wydawało mi się, że postać widzę. Jeszcze chwila i zobaczyłem wyraźniej - facet jakiś! Chudy, w szaliku i z rogami! Mąż znaczy! Pewnie głodny po podróży a w Kielcach jak zwykle - zimno! Ratuj się kto może!

   Czmychnąłem do szafy, przecisnąłem się do drzwi i nasłuchuję. A tam cisza. Dziwne. Poczekałem jeszcze chwilę - nadal cicho. Drzwi od szafy otwieram pomalutku a tam - dziw nad dziwy - zamiast wieczoru, południe, nikogo nie ma, łóżko zaścielone a na kalendarzu co na toaletce stał - zamiast piątku - wtorek i to w następnym tygodniu.

   To już żem więcej nie myślał, tylko w przyzwoitą panikę wpadłem, ubrałem się i uciekłem. Albo to ten klej, co to nim dawniej szafy kleili albo naftalina od  futer ale fakt pozostaje faktem, że ponad tydzień zniknął mi z życiorysu. Nie jakiś tam dzień czy dwa, jak to człowiek zwyczajny, ale cały tydzień!

   Więc teraz to Iwonki unikam za to taką Małgorzatkę w bloku znalazłem, co szafy ma z płyty paździerzowej, na śruby skręcanej i nie lubi antyków.

środa, 15 lipca 2009

Pisze do nas starszy aspirant Doliniacki Jerzy z Łodzi:

   "Heh, na patrolu nic się nie działo to mówię do kolegi - Jarek, popilnuj trochę dzielnicy a ja tylko wyskoczę do jednej znajomej co mieszka za rogiem, żeby wzmóc w niej poczucie bezpieczeństwa pod nieobecność konkubenta. Jarek pokiwał tylko głową (on małomówny jest  i melancholijny od czasu kiedy chciał się sprawdzić jako mężczyzna i próbował wylegitymować miejscowego dresiarza) więc nie gadając już więcej bo i o czym - poszłem do tej Zofii, lat 24, niekarana.

   Zośka, sądząc po tym jak gorąco mnie przyjęła, miała nader niskie poczucie bezpieczeństwa. Po pobieżnym zabezpieczeniu terenu podjąłem więc czynności mające na celu zmianę tego stanu, ćwicząc z nią podstawowe chwyty ju-jitsu, pokazując jak się używa kajdanek, mówiąc przez megafon, że wszelki opór jest bezcelowy itp. Zośka nader chętnie poddawała się czynnościom śledczym i byłbym ją nawet wypuścił przedwcześnie za dobre sprawowanie ale nagle - dzwonek do drzwi i gmeranie w zamku!

   "Mąż! - zapiszczała osadzona - Rozkuj mnie i zmykaj do szafy!" Sprawnie to nawet poszło i zanim drzwi na posesji się roztwarły i do pomieszczeń wkroczył konkubent, ja już siedziałem w szafie. Bez munduru. Tylko legitymację zdążyłem chwycić.

   Konkubent wparował jak oddział antyterrorystyczny i dalejże przewracać mieszkanie do góry nogami. Nie minęła chwila jak W szafie człowiek się czuje jak w pudle...drzwi od szafy stanęły otworem a ja - oko w oko, ząb w ząb z rozwścieczonym Rozwłóczewiczem Jakubem, lat 36, karany wielokrotnie za pobicia (niejednokrotnie ze skutkiem śmiertelnym).

   Już chciałem paść na kolana i błagać o litość, kiedy błysnęła mi zbawcza myśl. Pokazałem odznakę i mówię: "Dzień dobry obywatelu! Aspirant Doliniacki Jerzy z wydziału Zapobiegania Kradzieżom Kieszonkowym. To rutynowa kontrola. Sprawdzamy ubrania w szafach naszych kochanych obywateli, czy aby dobrze zabezpieczone przed kieszonkowcami. Muszę powiedzieć, że tu akurat nie jest z tym najlepiej..." - i zrobiłem zafrasowany wyraz twarzy.

   "Jaka kontrola?!! Po nagu??!!" - zakrzyknął wysokim głosem wyraźnie zbity z pantałyku Rozwłóczewicz - "A taak, po nagu" - odparłem - "to żeby była u obywatela pewność, że nic nie zginie z szafy w czasie kontroli. Takie przepisy prosze pana. A teraz ubiorę się, spiszemy wnioski pokontrolne i po sprawie." Rozwłóczewicz stał z rozdziawioną gębą kiedy się ubierałem a Zośka udawała rozgniewaną tą nadmierną zazdrością oblubieńca. Spisałem, które kieszenie trzeba dodatkowo zabezpieczyć, zasalutowałem i oddaliłem się pospiesznie.

   Trzeba jednak będzie przesłuchiwać na komisariacie. Drzwi tam pewniejsze.

Pisze do nas pan Bogdan Hartbitowicz z Pasłęka (lek.med.):

   "U nas na kardiologii czasami bywa nudno. Są takie tygodnie, kiedy na ostrych dyżurach można się po prostu z tych nudów przekręcić. Karty już się sprzykrzyły, w telewizji nic nie ma, sudoku rozwiązane i gdyby nie pielęgniarki - nie byłoby co robić. A jest u nas taka jedna Mariolka, co jak asystuje przy operacji to chłopaki celowo upuszczają narzędzia żeby zobaczyć jak się będzie po nie schylać.

   Więc ja do niej: "Pani Mariolu, wieczór taki jest spokojny i upalny a to za oknem to pewnie słowiki więc o spaniu dzisiaj mowy nie ma, to może przejdźmy się trochę po świeżym powietrzu bo to podobnież bardzo dobrze robi na krwiooobieg". Mariolka zachichotała, parsknęła, zachichotała jeszcze raz i odparła wreszcie: "Ależ panie doktorze a jak pacjenci zobaczą?". "A co to pani Mariolu? Okulistyka? To kardiologia jest, więc jakby co to mogą tylko mieć serce i patrzać w serce" - odparowałem podparłszy się wieszczem i wbiłem w pielęgniarkę dwoje moich oczu roznamiętnionych i ostrych jak skalpel.

   Mariola okazała się wobec wieszcza bezsilna i już po chwili spacerowaliśmy czule objęci. A że deszcz zaczął mżyć, koleżanka w trosce o moje górne drogi oddechowe zaproponowała żebyśmy przeczekali u niej bo akurat mieszka tu niedaleko, w bloku a małżonek Zbigniew jak raz przebywa w delegacji więc nie będzie miał nic naprzeciwko.

   Mieszkanko niczego sobie. A że zmokliśmy już co nieco, to w trosce o zdrowie zdjęliśmy mokre rzeczy żeby przeschły. No a potem, żeby nas nie zawiało - weszliśmy do łóżka, pod kołdrę (bo przeziębienia po zawianiu są najgorsze). I tak od słowa do słowa tętno 120, tętno 160, tętno 180... a tu nagle słychać klucz w zamku a pobladła przedstawicielka białego personelu szepcze do mnie ze zgrozą: "To mąż! Wrócił wcześniej! Uciekaj Bogdan do szafy - tej o tu!".

W głąb króliczej nory...

   Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Wyskoczyłem z miłosnego łoża, dopadłem szafy (jak na ironię był to model PAX z IKEI) wskoczyłem i czekam co dalej. Zza drzwi dochodzą mnie pomruki zdezorientowanego małżonka i wspinający się na coraz wyższe poziomy obłudy mezzosopran Mariolki. Jakieś odgłosy szamotania, westchnienia i nagle światło - drzwi od szafy się otwierają i staję oko w oko z panem Zbigniewem, człowiekiem już grubo po czterdziestce, obdarzonym sporą tuszą, wąsikiem, kapeluszem i teczką, której nie zdołał jeszcze w całym tym zamieszaniu odłożyć.

   Myślałem że już po mnie ale widzę, że pan Zbigniew blednie, chwyta się za okolicę zamostkową, poci jak bóbr i w końcu - rrrrryms! - leży jak długi. Wypadałoby skorzystać z sytuacji i zwiać ale myślę sobie - Hipokrates to jednak Hipokrates. Zawołałem Mariolkę, zrobiłem przedwcześnie przybyłemu małżonkowi masaż na otwartym sercu, dodałem kilka fantazyjnych bajpasów (bo noszę zawsze w kieszeni parę sztuk - przydają się jak kran na oddziale cieknie), zaszyłem a w oczekiwaniu na wybudzenie z narkozy zdążyłem jeszcze wykonać masaż na otwartej Mariolce, pozbierać rzeczy z łazienki, wypisać recepty i wyjść, całując damę we wdzięczną i omdlewającą dłoń.

   Ratownictwo medyczne stoi u nas na naprawdę wysokim poziomie."